środa, 15 marca 2017

Tyyle czasu mnie tu nie było, że aż nie wierze. Ale poszukiwania wymagają czasu. Dużo czasu. Poszukiwania czego? Otóż poszukiwałam tego co wszyscy - szczęścia.
Szukałam prawie wszędzie. W domu rodzinnym. U znajomych. Na imprezach. W miłości. W przyjaźni. W pracy. W sztuce. W literaturze. W muzyce. I w wielu innych miejscach. Nic. Całe to gadanie o tym, że trzeba od siebie wymagać więcej, szybciej, bardziej, by osiągnąć szczęście - bo przecież będziesz szczęśliwy tylko wtedy gdy zaczniesz realizować wszystkie cele i zamierzenia - to zwyczajna głupota. Odchodzenie od życia. I tyle. A prawda jest taka, że trzeba szukać nie szczęścia a życia. I to jest to moje wielkie, tak, to dobre słowo, WIELKIE odkrycie. Przynajmniej dla mnie wielkie. Od początku studiów, w sumie nie do końca świadomie, robiłam mały research wśród wszystkich napotkanych mi osób. Szczególnie tych starszych. Zadawałam różne pytania. Chciałam dowiedzieć się jaka jest ich recepta na szczęście i czy mogliby podzielić się ze mną swoją mądrością dotyczącą tego tematu. Niewiele przydatnych informacji od nich usłyszałam.
Ja osobiście, zawsze myślałam, że będę szczęśliwa jedynie wtedy, gdy się zakocham z wzajemnością. I tak było, ale jedynie przez moment. Miłość daje poczucie bezpieczeństwa i szczęście, ale nie jest to uczucie permanentne, a tego rodzaju szczęście nie jest tym, czego szukałam. Czego więc właściwie szukałam? No właśnie. Wiatru w polu. A jeśli inaczej spojrzeć na problem szczęścia, jeśli właśnie szukać życia, tego, co napędza nas, tego, co daje nam poczucie, że żyjemy, że coś się dzieje...Może wtedy nie szukalibyśmy szczęścia, czegoś nieosiągalnego, mrzonki, tylko skupilibyśmy się na chwili obecnej, na życiu teraz, na urzeczywistnianiu pasji, życiu rodzinnym, wykonywaniu dobrze swojej pracy, bycia miłym dla innych, może to właśnie byłoby szczęście?